Let’s talk about sex

20/03/2015 § Dodaj komentarz

Janet Jackson

Mam wrażenie, że feminizm przeżywa obecnie drugą młodość, choć w czasach Angeli Merkel, Marry Bara i Anny Wintour przybyszki(!) z Wenus zajmują się głównie problematyką zjawiska gwałtu wzrokowego (ang. stare rape), przyrostem naturalnym białych, bogatych i heteroseksualnych mężczyzn oraz heroiczną walką o zniesienie uwłaczającego ludzkiej godności procederu otwierania drzwi kobietom. Jeśli ja miałabym nazwać się feministką, to w znaczeniu Malleus Maleficarum dla hinduskiego patriarchalizmu, edukacji mieszkańców Trzeciego Świata i skrajnie ortodoksyjnych wyznawców egzotycznych religii. Po środku obu tych stanowisk znajduje się front artystek tworzących muzykę w klimacie R&B traktujących syrenim głosem o tym, że kobieta – przede wszystkim – powinna być kobietą.

Chciałabym móc przyznać, że jesteśmy świadkami wzniosłej chwili wkraczania w erę muzycznej emancypacji, oznaczałoby to jednak, że przeoczyłam Nenneh Cherry, TLC, Tinę Turner, Madonnę i nigdy nie słyszałam o Alicii Keys. Prawda jest zatem taka, że epoka pucatych, czarnych dziewczynek, które uśmiechają się do kamery i obiecują grzecznie, że są warte zachodu jest już dawno za nami. Owe dziewczynki to dzisiaj dojrzałe kobiety, wystarczająco silne by przeciąć pępowinę, wyzwolić się spod panowania ambitnych ojców-managerów i porzucić autobiograficzne lovesongi na rzecz dzieł o wiele bardziej seksownych seksualnych. Wbrew Waszym podejrzeniom nie mówię tutaj ani o Pani Franklin i jej R.E.S.P.E.C.T., ani o klasyku U.N.I.T.Y. Queen Latifah (zabawne, że oba tytuły literowane), mówię o albumie Beyoncé, którego ostatnimi czasy nie umiem odkleić od uszu. Mówię o Janet. Janet Jackson (zabawne, że oba tytuły imienne). Ba! Mówię nawet o Anacondzie Nicky Minaj!

Jestem kobietą, mam potrzeby. Żadnych monarszych statusów „królowych show-biznesu”, ukrywania się za alter ego i powoływania się na mityczne boginie. Prosto, stanowczo, intymnie. Takie krążki to nie tylko larum dla weteranek kryzysu wieku średniego udzielających się za pośrednictwem męskich pełnomocników, ale medium, które mówi o przyjemności wyłącznie z punktu widzenia kobiety, nadal dementując pogląd, że monogamiczne zobowiązania i poświęcenie partnerowi rujnują życie łóżkowe doszczętnie.

Trzymając godność w zaciśniętej pięści, są gotowe spróbować wszystkiego. Mieszają style jak wariacje różnych pozycji. Dotykają r&b, hip-hopu, soulu, jazzu i rocka z popową wrażliwością. Nie ma tu miejsca na cnotliwą nieskazitelność, a ambitne i elastyczne wybory pozostawiają śmiałe wrażenia.

Jak zatem sprzedać w jeden weekend ponad 600 tysięcy kopii z pominięciem procesu promocji? Pozwól kobietom poczuć się świetnie w ich własnej skórze, a szczególnie kobietom, które jak Beyoncé egzystują w wielu formach jednocześnie: jako córki, matki, żony i kobiety biznesu. Dla wielu z nas niektóre z tych pozycji pozostają w wiecznym konflikcie. Zwłaszcza jeśli elementem składowym jest seks, a my musimy zgrabnie balansować pomiędzy ‚mniszką’ i ‚femme fatale’ nie pozwalając, by którakolwiek z tych łatek do nas przylgnęła.

Niezawodnie wsparcia udzielają nam nasze czarne siostry niosąc sztandar istoty domagającej się miłości nie tylko od partnera, ale przede wszystkim od siebie samej. Artystki te obecnie to nie archetypowe podmioty stawiające się na scenie jedynie po to, by pomóc innym poczuć się lepiej, a widownia nie składa się już z nastolatek, którym wpaja się, że seks to jedynie męski sport, pewne siebie kobiety są jałowe, niezależność jest dla starych panien, karierowiczki są oziębłe, silne kobiety to choleryczne jędze, a macierzyństwo jest najpiękniejszą z wszystkich dostępnych w kobiecym życiu ról.

My, córki R&B, jesteśmy wdzięczne, że możemy dzisiaj mieć w nosie oczekiwania i wejść w 30stkę wiedząc jak słuchać siebie, ciesząc się dobrym samopoczuciem. Czujemy się nietykalne jednocześnie pragnąć dotyku, dopominamy się należnego nam szacunku, zdając sobie sprawę z tego jak silne jesteśmy.

Women. Power.

Reklamy

When the spirit says: sing!

26/06/2014 § Dodaj komentarz

Memphis Sanitation Strike, 1968

Pięć dekad temu, we wrześniu 1964 roku, w Stanach Zjednoczonych wyemitowano premierowy odcinek muzycznego variety show Shindig. W świetle studyjnych reflektorów stanęły dwie młode (i białe!) kobiety – Jackie & Gayle, które poruszając się subtelnie w rytm folkowych akcentów zaśpiewały „Up Above My Head” – utwór będący, wtedy i dziś, klasykiem muzyki gospel1. Po pierwszej zwrotce, do duetu dołączyło męskie (i czarnoskóre!) trio, a kolejno po nich – kobiecy (i czarnoskóry!) kwartet, by wspólnie odśpiewać refren, nim jednak występ dobiegł końca, do całości dosypano szczyptę niebieskookiego soulu Righteous Brothers i country-popowych harmonii autorstwa Everly Brothers.
Biorąc pod uwagę, że 1964 był rokiem mocno obciążonym wydarzeniami podobnymi do tych, którym zadedykowano kadry dramatu „Mississippi płonie” (1988), to widmo powyższego show – gdzie nieprawdopodobnie rzadki okaz multi-rasowego chóru bujał całym studiem – musiało być dla widzów Shindig bardzo sympatyczną kompensatą dekad niesprawiedliwości i krzywd ze strony zwolenników białej supremacji.

Headlinerem tego samego epizodu był Sam Cooke, niemniej jednak (już wtedy ex-)członek Soul Stirrers wyraźnie odciął się od „gospelowatego” wydźwięku nadanego przez występ otwierający show, a w zamian zaserwował (szukam właściwego słowa: funkowy?) singiel „Tennessee Waltz” i zaaranżowany na nowo, a pochodzący oryginalnie od Boba Dylana, utwór „Blowin’ in the Wind”. Ponownie – wybór materiału był, jak na obowiązujące czasy, bardzo interesujący.
Niezależnie od tego jak niezręczne i sztuczne bywały takie fuzje, Shiding był jednocześnie produktem i odzwierciedleniem tego, jak wyglądała wtedy biało-czarna era muzyki pop, de facto i jak na ironię dobiegająca końca, by ustąpić piedestału nowym gatunkom i preferencjom.
Niespełna rok wcześniej, legendarny Billboard opublikował ostatnią listę hitów muzyki Rhythm and Blues, której pierwsze miejsca skutecznie okupowane były przez białych artystów, przez co muzycy pochodzenia afro-amerykańskiego systematycznie spychani byli do popowych katalogów. Owy anachronizm sprawił, że na ponad rok gatunek R&B zniknął z wykazów Billboarda, by pojawić się ponownie, gdy gusta obu ras – białej i czarnej były tak silnie podzielone, że każde z nich wymagało osobnej listy. Niemniej jednak przywrócenie owej „czarnej listy” nie wskazywało na powrót do czasów sprzed 1954 roku, kiedy konsumpcja r&b przez białych była relatywnie niska.

W końcu lat 50. nastąpił folkowy boom, wspierany przez „brytyjską inwazję” stymulował społeczeństwo do poszerzania swoich muzycznych zainteresowań gatunkami negro zdecydowanie wybiegając poza dotychczas uznawany pop i, co więcej, przemycania owych brzmień do własnych produkcji. Kontr-kulturalny debiut płytowy Boba Dylana skutecznie oswoił słuchaczy z wiekowymi country-bluesowymi tradycjami. W podobny sposób brytyjskie grupy (Beatlesi i Rolling Stonesi), zachęciły do eksploracji i patronowania czarnej muzyce zjadając zęby na imitowaniu gamy r&b. Choć dzisiaj to może imponować, wtedy obydwa zespoły ucierpiały pod pręgierzem bardzo dosadnych reperkusji ze strony czarnych nacjonalistów za próby konfiskaty nieswojej kultury i czerpania zeń nieporównywalnie większych korzyści finansowych, niż mają możliwość jej faktyczni mentorzy. Analizując to podejście mam ochotę się z nimi zgodzić zadając sobie jednocześnie pytanie, czy dziś wiedzielibyśmy kim był Muddy Watters bez oglądania „Cadillac Records”?

Spuścizna anglo-folk-rocka wniosła do kolejnego dziesięciolecia spory zasób nowych, szalenie popularnych blues-bandów, pojawiła się muzyka progresywna, a dzięki całej tej otoczce zainteresowania automatycznie zwrócono uwagę na dotychczas ignorowanych czarnych bluesmanów. Finalnie, publiczność zbierająca się, by posłuchać B.B. Kinga była w przeważającym stopniu biała. Kilka lat później James Brown pojawił się w pierwszej trójce najpopularniejszych singli w Stanach, tuż za Beatlesami i Dylanem.

Bi-rasowe smaczki muzyczne widoczne podczas 5. i 6. dekady poprzedniego stulecia z czasem ustąpiły o wiele bardziej dyskretnym preferencjom. Ta zmiana odzwierciedliła się w istotnym, psychologiczno-społecznym rozwoju Afro-Ameryki, kiedy Movement2 wszedł w fazę triumfu, pełną sukcesów i rozczarowań, widocznego  progresu i rosnących frustracji. Równolegle do wszelkich polityczno-obywatelskich przewrotów starano się znaleźć antidotum na założenia o „białej wyższości kulturowej” przez docenianie własnej kultury i celebrowanie osobliwości afro-amerykańskich doświadczeń w repozytoriach własnej tożsamości i  wartości. W takim klimacie, soul rozkwitł ostatecznie obejmując większą część aspektów życia czarnych mieszkańców Stanów Zjednoczonych, stając się niemal synonimem do murzyńskości (négritude). Soulowy styl przejawiał się w charakterystycznym sposobie chodzenia, mówienia, jedzenia, ubierania, myślenia, żartowania, pracowania, bawienia, tańczenia i tworzenia muzyki, przeciwstawiając się naśladownictwu z zewnątrz i łatwo przychodzącym, często negatywnym analizom wysuwanym przez „obcych”. Afro-amerykańska społeczność rzadko czuła potrzebę ścisłego definiowania czegokolwiek. Wraz z ewolucją soulu, stopniowo (i nieubłaganie) zaczęto odtrącać biały pop i wszystkie pochodne, „wybielone” gatunki, niemniej jednak nie oznacza to, że soul był i jest anti-white, bo nie da się ukryć, że kilka klasycznych, rewolucyjnych „freedom songs” swe inspiracje i formę czerpie z południowej muzyki country. Ponadto, by uniknąć nadmiernej schematyzacji, faktem jest, że muzyka soul nie była wyłącznie produktem zrodzonym z silnego wzrostu niezadowolenia czarnych nacjonalistów, a raczej jest zakotwiczona w dwóch głównych strumieniach ideowych, które mieszają się ze sobą w afro-amerykańskiej świadomości: pierwszym z nich jest zależność soulu od technik zaczerpniętych z gospel – niekwestionowanego dziedzictwa kultury negro.  Drugim natomiast jest idea integracji. Dodatkowo kompozycja różnorodności, paradoksów i doświadczeń czarnego społeczeństwa, wszelkie jego namiętności i esencje sprawiają, że staje się on jedyny w swoim rodzaju i niemożliwy do podrobienia.

Powyższy wywód miał być moim hołdem dla potęgi muzyki, bo wierzę, być może ślepo, że to jej zawdzięczamy to gdzie i kim jesteśmy. Niestety nie utrzymałam kursu, zbaczając na dziejowe tory, cóż – nie rezygnując potraktuję to jako wprowadzenie do meritum, na które – mam nadzieję – kiedyś się zdobędę.


1. Oryginał, nagrany w 1940 roku, po raz pierwszy zaśpiewały Sister Rosetta Tharpe wraz z Marie Knight w tradycyjnej dla tego gatunku formie ‚call-and-reponse’. To wszystko można wygooglować, niemniej przypis pojawił się dlatego, że pisząc to stukałam paluszkami w rytm coveru Rance’a Allena, w którym jestem bezapelacyjnie zakochana, toteż bardzo chciałam, żebyście i Wy posłuchali 🙂
2. African-American Civil Rights Movement – społeczny ruch powstały w Stanach Zjednoczonych, którego głównym celem było zniesienie segregacji rasowej i dyskryminacji przeciwko obywatelom Afro-Amerykańkim i zapewnienie im konstytucyjnego prawa do udziału w demokratycznych wyborach.

New Negro, czyli czemu Harlem nie lubił jazzu?

14/08/2013 § 1 komentarz

Popularność jazzu w Harlemie w latach 20. jest zjawiskiem niezakwestionowanym. Wizja czarnoskórych mężczyzn jammujących na scenie w eleganckich frakach przed rzędem białych gentlemanów sączących zakazany gin z kieliszków do Martini skutecznie nasyca owe kultowe wyobrażenie. Najsławniejszy harlemski klub tamtej epoki stał się przedmiotem filmu, a nazwiska jego dwóch, najbardziej czczonych performerów – Duke’a Ellingtona i Louisa Armstronga są rozpoznawalne w skali ogólnoświatowej. Historycy gatunku spędzają życie na szczegółowym formułowaniu znaczeń ukrytych pod nazwami: rent parties, czy cutting contests, plądrując wspomnienia setek artystów, którzy w latach dwudziestych zmierzali ku Harlemowi z najdalszych zakątków Ameryki.

Harlem był symbolem paradnych i swawolnych czasów dla zamożnych białych, proponując im wyszukane floor shows z motywami prymitywistycznymi w wielkich, miejskich klubach, albo inter-rasowe, bluesowe jamy grane w zadymionych klitkach ukrytych przy słabo uczęszczanych uliczkach. W latach 20. było to jedno z najbardziej szalonych miejsc na świecie, a jazz był jego melodią przewodnią.

Reakcja czarnej artystyczno-intelektualnej elity na wspomniane rent parties, czy kulturę klubów nocnych była zróżnicowana. Czarnoskóra klasa średnia chciała poprawić swój byt w amerykańskim społeczeństwie przez totalną asymilację, co wymagało od nich wyparcia się niektórych pierwiastków ludowych afro-amerykańskiej muzyki. Dlatego, że blues i jazz kojarzyły się białej klasie średniej głównie z lubieżnym zachowaniem i szemranym środowiskiem, dla czarnych Amerykanów niezbędnym było wyrzec się tych form muzycznych – asocjacja z nimi utrwaliłaby przekonanie rozpowszechniane wśród białych o tym, że czarni są prymitywni i rozwięźli. Jedyną folkową sztuką, którą warto było celebrować był spiritual naładowany godnością, religijnym miłosierdziem oraz – co najważniejsze – rosnącą popularnością pośród białych Amerykanów i Europejczyków. W.E.B. Du Bois i Alain LeRoy Locke czcili spiritual jako honorową część dziedzictwa kulturowego czarnych, niemniej jednak wahali się w przypisywaniu owych zasług muzyce znajdywanej w tzw. speakeasy (nielegalny bar w czasach prohibicji). Wszelkie ich nadzieje na osiągnięcia muzyczne czarnych Amerykanów pokładały się w głosach Paula Robesona, Marian Anderson, Rolanda Hayesa i kompozycjach Nathaniela Detta; brzmienie Afro-Amerykanów zdumiewających białą audiencję w Carnegie Hall (jedna z najbardziej prestiżowych sal koncertowych na świecie) przy wykonywaniu sławnych arii i pasjonujących interpretacji spirituals, była zdecydowanie muzyką dla ich uszu!

Młodsi czarnoskórzy pisarze zwracali więcej uwagi na jazz, Langston Hughes był chyba najbardziej imponującym tego przykładem. Niestety tego typu głosy były jednostkami, a studium twórczości i publikacji tzw. New Negro w latach dwudziestych wskazuje, że niezależnie od egzystującej ambicji do „ulepszenia rasy” przez osiągnięcia artystyczne, jazz był w dużej mierze ignorowany – jak na ironię, o ile w ogóle znalazłby się ktoś, kto nadałby wtedy figurom takim jak: Ellington, Armstrong czy Henderson poziom obecnej sławy, biorąc pod uwagę ówczesną sytuację społeczną. Jeden z historyków, szczególnie krytyczny wobec pisarskich produkcji epoki harlemskiego odrodzenia, skwitował to najbardziej trafnym wg mnie stwierdzeniem: „bardzo ironicznym jest, że pokolenie, które popularyzowało ruch New Negro i jego charakterystyczny wyraz kulturowy, omal nie przegapiło jedynej naprawdę kreatywnej rzeczy, która miała wtedy miejsce1.

Tradycyjnie przyjęło się, że Harlem, czy Negro Renaissance były inspiracją dla czarnej elity skupionej wokół dziennika The Crisis i czasopisma naukowego Opportunity. Obydwa były w istocie wydawnictwami politycznymi (swoista Trybuna Ludu dla czarnych Amerykanów), ale omawiały również zagadnienia z innych dziedzin sztuki, z głównym naciskiem na literaturę, okazjonalnie podzielając entuzjazm osiągnięć teatralnych i najrzadziej wspominając o malarstwie, rzeźbiarstwie, czy w końcu – muzyce. Kiedy dyskusja obejmowała muzykę, omawiano jedynie osiągnięcia na scenach europejskich, a myślami krążono wokół spiritual. Koncentrując się na dziełach intelektualistów ery poprzedzającej wielką depresję, najbardziej znaczące historie tamtego okresu uznawały Harlem Renaissance za „efekt słów”, nie dźwięków. Cytowany wyżej Huggins i inni pisarze współcześnie traktujący w swoich książkach o historii Harlemu skupiają się właśnie na Du Bois, Thurmanie, Locke, Toomerze, Hughesie, czy Cullenie, pomijając umyślnie postacie Becheta, Callowaya, Ellingtona, Armstronga i Hendersona i choć faktycznie zwracają oni uwagę na znaczenie jazzu dla tamtej epoki, krytykując liderów renesansu za ciągłe jego ignorowanie, to ich zrozumienie tamtego okresu wydaje się być mimo wszystko głównie literackie i wciąż surowe wobec innych artystycznych osiągnięć.

Ta przypadłość na szczęście nie dotknęła wszystkich pisarzy, byli i tacy, którzy twierdzili (wtedy i dziś) zupełnie na przekór swoim kolegom po fachu, iż to muzyka zainspirowała tęgie głowy do rewolucyjnego myślenia i stymulowała postęp ich dokonań. Co więcej, znaleźli się również tacy, którzy zabrnęli w twierdzenia, że jazz był nie tylko bodźcem początkowym dla całej artystycznej filozofii ruchu New Negro, ale i największym sukcesem jego długotrwałości (tutaj wbrew konwencjonalnym założeniom o zakończeniu się epoki harlemskiego odrodzenia wraz z nadejściem kryzysu w 1929 roku) sięgającej aż po lata 50.

Studiowanie punktów widzenia uzdolnionych i światłych umysłów lat dwudziestych stawia przed nami szereg wniosków, że znaczenie i przyszłość muzyki jazzowej budziły niegdyś pewne wątpliwości. Zdaje się, że pośród harlemskiej inteligencji egzystowało swego rodzaju „luźne porozumienie” odnośnie jazzu, a prawdziwa zgodność jedynie w dyskusjach o uroku spiritual. Jazz podzielił czarnych intelektualistów, tak jak podzielił białych intelektualistów, tak jak podzielił przeciętnych Amerykanów. Ci pierwsi bowiem postanowili go ignorować, drudzy wręcz przeklinać, a ostatni, którzy naprawdę go lubili – zazwyczaj robili to z dużą rezerwą, wierząc, że pewnego dnia wzniesie się on do poziomu wyższej i bardziej cenionej formy muzycznej.

Reasumując, nadzieje najważniejszych figur ruchu New Negro na kulturalny sukces czarnych Amerykanów utkwione były w poezji, prozie, spiritual, rzeźbie, malarstwie i dyscyplinie muzycznej uprawianej na salach koncertowych.  Ci ludzie w jasny sposób walczyli z jazzem, a ich opinie były zupełnie ze sobą niezgodne. Jeśli jednak dziś stanowczo twierdzimy, że największą sztuką tamtej epoki była muzyka tworzona przez Ellingtona i Armstronga, to Locke i Du Bois wyszli na głupców promując ich rasowy renesans bez ichniego Da Vinciego i Michelangelo. Czy jednak powinni być oceniani tak surowo? Myślę, że oni mimo wszystko doskonale zdawali sobie sprawę z faktu, że jazz jest „hot” i dostrzegali w nim ogromny potencjał. Sęk w tym, że w tej surowej, smutnej formie, z topornym brzmieniem, lekkim obyczajem, wibrującym rytmem – jazz faktycznie nie wydawał się być „kompatybilny” z new-negrowskim obrazem dystyngowanego i wyrafinowanego artysty, który był jednocześnie dumny ze swoich czarnych korzeni i akceptowany przez białą Amerykę.

Finalna diagnoza nie jest więc negatywna – wszak zgodzicie się chyba z opinią, że jazz potrzebował jedynie odrobiny ogłady i sprytu, by stać się pełnowartościową częścią ruchu New Negro?

1 Nathan Irvin Huggins, Harlem Renaissance, 1972.

Era stokrotek

31/03/2013 § 2 Komentarze

ATCQ

Nie zaistniał w rapie chyba nikt mniej „keep it real” niż super-kolektyw Native Tongues. ATCQ, De La Soul i Jungle Brothers to generacja bitników inspirowana jogurtem i woodstockową frywolnością, definitywnie daleka od stylu ghetto fabolous.
Zaklnijmy wiosnę, cofając się do ery stokrotek – pięknych czasów, kiedy każdy słuchacz mierzył 3 feet high. I rósł!

Nie tylko branża hip-hopowa ma dług u Native Tongues od wczesnych lat 90. Również uczciwi producenci plecaków. A my? Otóż my musimy podziękować im za każdy jeden irytujący, ultra-długi skit, który pojawił się na większości longplayów wydanych po roku 93.
Bądźmy jednak poważni. Wszakże Kelvin Mercer, Dave Jolicoeur i Vincent Mason zdziałali więcej, niż chyba sami planowali. De La Soul po pierwszym wydawnictwie okrzyknięto jokerami rapu i ta łata wciąż się trzyma, bo cała muzyczna frywolność – tak konwencjonalna dla tej konkretnej grupy – przekształciła się w silnik dla poważnej misji re-definiującej pojęcie tego, co jest „prawdziwe” w rapie. Kiedy po raz pierwszy pojawili się na scenie promieniejąc pozytywną energią z pięknej krainy zwanej „dayglo”, wydawali się – delikatnie mówiąc – irracjonalni. Ich skomplikowana gra słowna przeniosła się raptem do ich scenicznych ksywek – DJ Mason został Pasemasterem Masem, Mercer prze-inwertował jego DJski przydomek Sound-sop do Posdnuos, a Jolicoeur ogłosił, że będzie nazywał się Trugoy The Dove – w hołdzie dla swojej jogurtowej obsesji. W czasie gdy tryumfy święcił Chuck D okraszając nowojorskie brzmienie przydomkiem „CNN for black people”, De La zdawali się być bardziej jak czarny Pacific Sun, przenosząc rap z gett do kafejek na Greenwich Village. Dla trójki dzieciaków z bezpiecznej części Long Island to właśnie zdawało się być wtedy „prawdziwe”.

Takie samo było dla ich fanów – zarówno białasów jak i czarnych, którzy albo starali się wyobcować od panującej kultury block parties i wewnętrznych konfliktów miejskich, albo byli w stanie identyfikować się z nią jedynie w charakterze namiastki. To oni, dosłownie, wybrukowali drogę, którą hip-hop mógł wyjść poza nowojorskie dzielnice. Każdy „street dude” wiedział o czym są numery Public Enemy, ale nikt przedtem nie przekazał do muzyki swoistego indywidualizmu, do którego słuchacz mógł się odnieść subiektywnie. Również my, współcześnie.

Rok, w którym Native Tongues wniknęli do masowej świadomości słuchaczy dzięki debiutanckiemu albumowi The Jungle Brothers, był jednocześnie rokiem mojego urodzenia, przyszłam więc na świat zbyt późno i zbyt daleko, by doświadczyć fenomenu De La Soul na własnej skórze w czasie rzeczywistym, ale działa to wyłącznie na ich korzyść, nobilitując poziom geniuszu, za który osobiście cenię ich jako jedną z najlepszych rapowych grup w historii, zaraz po/ obok A Tribe Called Quest (#1), Jungle Brothers, The Pharcyde, Black Sheep (oraz setce innych, których z braku korelacji i wiadomych przyczyn nie wymienię). Fenomen, o którym mowa, to dla mnie sztuka „innego spojrzenia” na to, w czym tkwił wtedy hip-hop – nieco trywializując – spięty, skoncentrowany głownie na tym, co poza barwą głosu i opaską na oku wyróżniało Slick Ricka – w tym miejscu niekoniecznie musicie sięgać pamięcią do tamtych czasów, bo temat wciąż jest aktualny. I nie, żeby trio, które rapowało „black medallions, not gold” nie żyło nadzieją, że będzie ich kiedyś stać na taką stylówkę – przeciwnie, sami się do tego przyznają, na szczęście szybciej od fortuny dopadła ich nuda, więc zaczęli rymować inaczej, ubierać się inaczej i żyć inaczej. Tak po prostu. Ilu mogłoby z nich dziś brać przykład?

Oryginalnie nazwani Easy Streets, zaadoptowali przezwisko De La Soul, które będąc galicyzmem od zwrotu from the soul, szybko stało się także ich osobistym manifestem. Jednak uczniowie, którzy chcą zapełnić lukę pomiędzy oldskulowym brzmieniem Erica B. i Rakima, a dzisiejszym new schoolem potrzebują nauczyciela i tutaj wypada wspomnieć o członku legendarnej nowojorskiej grupy Stetsasonic. Prince Paul, bo o nim mowa, nie tylko wyprodukował debiutancki album 3 Feet High and Rising, ale i zabrał taśmy do labelu Tommy Boy.

Według słów ówczesnej wiceprezes wytwórni prognoza była jedna, choć podzielona – albo wyjdzie z tego nic, albo będzie to coś wielkiego. No i stało się.

W 1989 roku album 3 Feet High.. wraz z promującym go singlem Me, Myself and I dosłownie implodowały do świadomości publicznej sprzedając się w liczbie ponad dwóch milionów(!) egzemplarzy. Na tle hip-hopowego świata zdominowanego przez drogie klejnoty i broń De La Soul nie tylko brzmieli, ale i wyglądali nadzwyczajnie. Trzech farbowanych dzieciaków z wygolonymi symbolami pokoju na głowach zwiastowało nadejście rapowej wiosny. DA Inner Sound, Y‚all!

Nie to jednak, a kalejdoskopowy kolaż dźwięków sprawił, że ich debiut miał tak radykalny ton. Dotąd hip-hop opierał się albo na surowych, funkowych brejkach, albo grających live bandach (jak Sugarhill Gang). Być może Run DMC i Public Enemy przełamywali trendy ich agresywnym elektro, ale nikt nie zarzucił tak ogromnych sieci w poszukiwaniu nowych brzmień i inspiracji jak DLS. Pomyślicie teraz: „a co z samplami Funky 4+1 i The Emotions w Say No Go, dziewczyno? Banał!”. Otóż racja, ale przewińcie proszę Wasze nośniki o jeden numer wstecz – do Potholes In My Lawn i dotrwajcie do refrenu. A teraz wyobraźcie sobie jak The Blastmaster KRS-One jodłuje przygrywającemu na drumli La Rockowi 😉

Flower power, bohemska stylówka i Steely Dan w kolekcji płyt utwierdzały wielu słuchaczy w przekonaniu, że De La należą do ruchu hippisowskiego, co nie byłoby niczym złym, gdyby nie funkcjonujące po dziś dzień zamiłowanie do porównań. Zarzucono im bowiem, że są marną kopią grup tj.: Arrested Development. Szybko się jednak otrząsnęli z wizerunku wyśmiewanych dzieci kwiatów wypuszczając drugi longplay „De La Soul is Dead”.

Ich filozofia dała natchnienie całej fali east-coastowych artystów, którzy funkcjonowali jak „yang” dla bandyckiego „yin” z wybrzeży Los Angeles. Zainspirowani przez Zulu Nation, debiutujący w 1988 roku Jungle Brothers wraz z raperką znaną jako Queen Latifah i grupą o nieco dłuższym stażu – A Tribe Called Quest, zwrócili się do De La z ideą stworzenia „kulturalnej” organizacji, którą wkrótce potem nazwali Native Tongues.

Q-Tip, Phife Dawg and DJ Ali Saheed Mohammad uczęszczali do tej samej szkoły, co JB – to własnie przez nich zostali ochrzczeni jako ATCQ. Pierwszy krążek Tribe’ów People’s Instinctive Travels and the Paths of Rhythm jest zbliżony duchem do 3 Feet High na płaszczyźnie jazzowych rytmów i odważnych sampli użytych przy produkcji obu debiutów, niemniej jednak różni się on nieco pod względem treści werbalnych, bo choć jedni dorównywali drugim poziomem inteligentnej liryki, to People’s Instinctive skupiał się na kwestiach społecznych w zdecydowanie bardziej bezpośredni sposób (Bonita Applebum, Description of a Fool). Niewątpliwą kwestią zdecydowanie odróżniającą od siebie oba tria jest fakt, że kontrastujące ze sobą flow Phife’a i Tipa są odwrotnością zasadniczo podobnych stylów członków De La Soul. Choć to może wyłącznie moje odczucie, ale uważam, ze wspomniane cechy to swego rodzaju symbol Native Tongues.

To, co uderza mnie i wielu fanów tego ruchu to niebywała integracja na scenie już wtedy wątpliwie ubogaconej wszelkiego rodzaju bitwami i beefami toczącymi się pomiędzy artystami hip-hopowymi i choć była to raczej wyłącznie „seria kolaboracji”, niż faktyczne połączenie się w grupę, to kawałki jak BuddyDoing Our Own Dang są świetnym przykładem pełnej, muzycznej rodzinki w komplecie. Przede wszystkim jednak hołduję im za to, że wbrew panującej w rapie mizoginii, Queen Latifah i jej brytyjska przyjacióła Monie Love były stawiane na równi z resztą.
Wszyscy tak, odziani w skórzane wisiorki, jak bracia broni, wspólnie głosili afrocentryczny pozytywizm i samorealizację. Coś pięknego!

Ten błogi stan nie trwał wiecznie, ale zapoczątkował naprawdę sporą listę najlepszych rapowych płyt w historii, bo mimo, że Native Tongues z czasem nie byli w stanie dotrzymać narzuconego przezeń samych tempa, to udało im się napędzić niemal całą kulturę hip-hopową, a przykładów można znaleźć od groma, choćby wskazując twórczość Mos Defa, Commona, PUTS, J5 czy Busty Rhymesa (cóż, przynajmniej kiedyś). W zasadzie odważę się powiedzieć, że postawili fundament na którym bazujemy wciąż – ponad dwie dekady później. I nie mówię tu tylko o „filozoficznym” flow Kweliego, czy Anticonowej awangardzie, którą Native Tongues w jakiś sposób uformowali. Prince Paul – nieco zapomniana figura w dzisiejszej historii, jako member Gravediggaz dzięki kolaboracjom z RZA cienką linią zarysował brzmienie Wu-Tang Clanu.

Bez dwumilionowych nakładów pierwszego krążka De La, rap zostałby opchnięty ogromnym, białym labelom, a media wciąż odwoływałyby hip-hop jako przemijający produkt, dla którego nie warto otwierać portfela. Dlatego nie byłoby dziś Nasa, Jaya Z, ani Eminema na szczytach list przebojów, mimo, że ich światopogląd diametralnie różni się od De La.

Ja wierzę, że to oni – Native Tongues – trzymali gałązkę oliwną, którą dziś możemy zinterpretować jako nieustannie szerzącą się kulturę i dobrze pojętą scenę hip-hopową. I za to wypada podziękować!

Bloggin’ on blogging..

15/06/2012 § Dodaj komentarz

Po deszczowym tygodniu w końcu wyszło słońce, Etta James śpiewa mi you won’t ever have to worry, Henryk Miśkiewicz czeka w kolejce, żeby zagrać solówkę na saksofonie, za mną wspaniały weekend gdzie spełniłam jedno z trzech największych, muzycznych marzeń, no i w końcu zobaczyłam Warszawę, po raz pierwszy! Cudownie? Życie jest cudowne, ultra słodkie i kolorowe. W ciągu ostatnich kilku minut, pisząc ten fragment znalazłam co najmniej pięć inspiracji, które są na wyciągnięcie ręki i jestem przekonana, że niejedna rzecz, która Cię w tej chwili otacza, bądź siedzi we wspomnieniach, może wywołać w Tobie ten sam nieodparty entuzjazm – taką mała ekscytację z nutką motywacji i szczyptą kreatywności. Rozejrzyj się!

I jak? Teraz wyobraź sobie, że zabieram Cię w jedno miejsce zupełnie pozbawione dostępu do wszelkiej technologii, bez Internetu, gdzie będziesz uzbrojony jedynie w światłość swojego umysłu i proponuję Ci sporą gratyfikację za podanie mi z miejsca 5 muzycznych blogów, które warte są systematycznych odwiedzin. Bez zastanowienia, po prostu rzuć 5 nazw. Ile jesteś w stanie wymienić w tej chwili? Ja maksymalnie dwie, w porywach do trzech…

W ciągu ostatniego tygodnia spędziłam mnóstwo czasu na ich szukaniu. Choć chęci z mojej strony były ogromne, to owa eksploracja okazała się być strasznie frustrująca i nie dająca żadnych rezultatów – słowem zupełnie daremna. Nie twierdzę, iż nie ma na tym świecie polskojęzycznych blogów wartych uwagi, twierdzę natomiast, że jest ich definitywnie za mało i zastanawiam się co powoduje taką niszę, skoro mnie w jednym akapicie udało się udowodnić, że na każdym kroku śledzi nas muza, mała ożywcza wena gotowa indukować energię do pomysłowego działania.

Nie odważyłabym się na tym etapie przyganiać komukolwiek jak powinien prawidłowo prowadzić swój internetowy pamiętnik, bo mnie samej należy się paternoster za brak systematyczności, więc ta nota nie ma charakteru pouczającego, niemniej jednak mam swoje zdanie jako czytelnik i nieskończony pasjonat muzyki i pragnę je wyrazić z nadzieją, że być może ktoś to przeczyta, da mi prztyczka w nosek mówiąc jak bardzo się mylę.

Być może ktoś z Was zastanawia się o co tak naprawdę mi chodzi, jeżeli Google na hasło „blog muzyczny” odpowiada ponad 2-milionami wyników. Otóż nie chodzi mi o fakt w jakiej liczbie one istnieją, a konkretnie o ich zawartość merytoryczną. Dyskutując ostatnio ze znajomym o kondycji i jakości dzienników sieciowych obydwoje stwierdziliśmy, że nie ma w nich krzty muzyki, choć w całości zdają się jej być poświęcone. Kiedy wchodzę na bloga i widzę, że w 90% opiera się on na recenzjach płyt – rezygnuję. Osobiście zniechęca mnie to już na starcie z prostego powodu – wierzę w słuszność moich indywidualnych osądów na tyle, że nie muszę się podpierać cudzym zdaniem, a poza tym – bądźmy szczerzy… Ilu z Was – recenzentów – kupiło płyty, którym wystawiliście oceny? Ściąganie albumów z jakichś serwerów jest już nie tylko brakiem szacunku dla artysty, ale przede wszystkim dla czytelnika. Jakim prawem rzucasz te swoje „5/8 punktów”, skoro nie miałeś nawet okazji dotknąć poligrafii? Każda płyta zaczyna i kończy się na okładce. Cała zawartość plastiku, który trzymasz w rękach to treść poznawcza jej autora i niejednokrotnie kopalnia informacji o współtwórcach krążka, o instrumentalistach, fotografach, samplach, wokalistach, producentach – o każdym pierwiastku komponującym tę płytę. Nie można tego ściągnąć w mp3. Niestety często tak skonstruowane pseudo-recenzje uzupełnione błyskotliwymi zwrotami tj. mega się jaram rapsami na majku, w oczach autorów rosną do rangi opiniotwórczych.

„I don’t listen to what art critics say. I don’t know anybody who needs a critic to find out what art is.” ~Basquiat

Decydując się na bycie blogerem muzycznym musiałam oswoić się ze swoją pokorą, bo nieważne ile wydaje ci się że wiesz, gdzieś tam zawsze najdzie się ktoś mądrzejszy od ciebie. Ogromna jest bowiem różnica między byciem fanem muzyki, a jej adwokatem. Pełniąc rolę tego drugiego trzeba mieć przede wszystkim otwarty umysł. Najbardziej efektywni (i efektowni) pisarze czerpią z naprawdę głębokiej studni wiedzy. Skąd ją brać? Dobry pilot musi wylatać określoną liczbę godzin, najlepszy słuchacz – przesłuchać nieskończoną liczbę albumów, wielokrotnie! Słuchaj ludzi, rozmawiaj z artystami, myszkuj w gatunkach, chodź na dobre koncerty oraz na takie, gdzie jedyną publicznością będziesz Ty i barman. Nie ograniczaj się, nigdy się nie zniechęcaj, muzyka to jedno z najpiękniejszych zjawisk jakich człowiek może doświadczyć, jest tak różnorodna, że nie ma jednostki na świecie niemogącej się z nią identyfikować. Dlaczego więc tak trudno znaleźć blogera, który pisząc o muzyce przemyca do treści jej filozofię?

Brnąc dalej – jeden z moich ulubionych filozofów powiedział, że „wszelkie życie jest waśnią o gusta i smaki”  i cytując go odejdę od ogólnie przyjętego konwenansu, że o tego typu kwestiach nie powinno się dyskutować. Właściwie dlaczego nie? Przy tak szerokim wachlarzu dostępnych wariantów gatunkowych gusta wielu osób są niesłychanie płytkie. Nie jestem w stanie stwierdzić, czy taka powierzchowność bierze się z lenistwa, czy z ignorancji, wiem tylko, że marnotrawi to starania wielu wspaniałych artystów do których nie będziemy się w stanie nigdy dokopać, jeżeli nie zaczniemy myszkować w korzeniach, czy dopuszczać się małych skoków w bok wyzwalając się na chwilę z wszelkich gatunkowych barier. Sama zaczynałam moją przygodę z muzyką sklejając „tape’y” z kawałków, których nawet nie rozumiałam, ale wprost nie mogłam oderwać uszu od tych hałaśliwie dudniących bassów. Wtedy wydawało mi się, że nigdy nie przestanę słuchać rapu. I tak też się stało, ale po 12 latach od mojego pierwszego kontaktu z tą muzyką jestem zdumiona tym gdzie doszłam, co dzięki temu osiągnęłam i jak poszerzyły się moje horyzonty. Muzyczny konserwatyzm wymieniłam na bogatą kolekcję wspaniałych płyt i ogromną satysfakcję z najmniejszego sukcesu jaki udało mi się dzięki temu osiągnąć.

Po 16 relacjach z Hip Hop Kempa nie musisz być tym kolejnym. Pokaż, że masz pasję, postaw na oryginalność, podziel się intymnym doznaniem jakiego dostarcza ci słuchanie starych płyt po zmierzchu..

Dobry blog jest jak dobre towarzystwo, które człowiek może sobie wybrać indywidualnie. W dobrym towarzystwie wrzawa ciekawej dyskusji nigdy nie ustaje, a każda interesująca polemika tylko nobilituje jej poziom. Jednorazowy wpis może być jak sklep z płytami, który zmieści się w kieszeni, albo jak cała galeria sztuki, wystarczy tylko znaleźć inspirację i pisać, koniecznie nie wyczerpując przedmiotu! Warto zostawić coś dla czytelnika, bo w czytaniu chodzi przede wszystkim o to, by myśleć.

Kiedy soul sprzedał duszę…

29/05/2012 § Dodaj komentarz

Natknęłam się ostatnio na ciekawy artykuł, który dosłownie lamentował nad kondycją współczesnego soulu i R&B. Dowodził on, że oba te gatunki w ich tradycyjnych pojęciach być może nie są jeszcze martwe, ale zdają się być przeznaczone do życia w ukryciu do póki popularne gusta muzyczne nie ulegną zmianie. Prawdę mówiąc, debaty nad komercjalizacją muzyki są trochę jak przysłowiowe kopanie się z koniem i nie mam zamiaru się nad tym rozwodzić, zastanawia mnie tylko jak to się stało, że formy tak integralne z indywidualizacją czarnych Amerykanów stały się czymś w rodzaju farsy w ich rękach, podczas gdy naszym „białym odpowiednikom” – artystom przede wszystkim z Wielkiej Brytanii – udaje się bezbłędnie adaptować zarówno R&B jak i soul?

Choć wielu się ze mną zgodzi, to trudno byłoby komukolwiek wskazać, kiedy zmiany w R&B stały się tak drastyczne i jakim cudem stracono fundamentalny wątek muzyki nacechowanej przede wszystkim emocjonalnością i moralną obligacją do prostodusznej szczerości. Na przełomie poprzednich dekad, gdzieś między końcem lat 90. a połową pierwszego dziesięciolecia XXI w. muzyka stała się podległa wpływom bezmyślnie powielanych dźwięków i bitów oraz głosom brzmiącym tą samą barwą monotonii, w których próżno było się doszukać jakiejkolwiek infleksji, czy głębi. Niemniej jednak wtedy największym przeciwieństwem i najlepsza alternatywą były gatunki z rodzaju „neo-” i „nu-„, które być może nie zawsze oszałamiały treścią liryczną, ale nigdy nie zachwiały się w precyzji i możliwościach brzmieniowych.

Kiedyś soul był gatunkiem traktowanym przez czarnoskórych artystów jak ghetto – wyłonił się z represji i pozostał hermetyczny dla ludzi „spoza”. Odrzucanie białych było nie tyle statusem quo, co stylem życia Afro-Amerykanów. Niestety tylko do momentu, kiedy spróbowano go nieco skomercjalizować. Producenci i wytwórnie wskoczyły na jedną platformę wraz z Lady Gagą i Davidem Guettą i przekształcili soul z „soulowego” na bardziej „elektroniczny”, a R&B w bardziej „dance” niż „rhythm”. Jak się okazało, gatunki te są równie chodliwe i kochane przez mainstream jak hity, które wypełniały popularne kluby i sprzedawały płyty za ocean. Dwie drogi muzycznych gigantów, które z reguły stanowczo od siebie odbiegały, są teraz tą samą ścieżką.

Około lat 60. społeczeństwo zrozumiało jakie pokłady emocji kryją się w obydwu gatunkach. Niestety największe nieporozumienia od zawsze leżały w kwestii ich kategoryzacji i sztywnym utrzymywaniu, że to wyłącznie „czarna muzyka”, a więc tworzona i przeznaczona wyłącznie dla Czarnych. Niewielu jednak zdaje sobie sprawę, że w soulu i R&B nie ma znaczenia kto śpiewa, ani jak brzmi bit, chodzi o emocje, o ból, radość, o ogień w muzyce, melodię i naturalnie piękny głos. Oczywistym jednak jest skojarzenie, że muzyka ta powstała na terytorium czarnoskórych artystów – wyrwana z Delta Bluesa w latach 20. od gwiazd takich jak Robert Johnson, Big Momma Thornton, czy Muddy Waters… Blues od zawsze był tak samo ważną częścią R&B jak Rhythm i to on wybrukował drogę niesamowitym soulowym artystom jak Sam Cooke i Otis Redding, a skrzyżowanie go z muzyką gospel spowodowało, że introwertyczne brzmienie sięgnęło mas.

Dojrzałość tekstów w połączeniu z prostotą uczuć sprawiły, że gatunki negro stały się szeroko akceptowane przez resztę świata. W zasadzie, nigdy nie chodziło o kolor, ani o kraj. To była muzyka o bólu, miłości, seksie i emocjach absolutnych, a one tyczą się każdego, bez wyjątku. Niektórzy jednak twierdzą, że tak zwane „czerpanie inspiracji” przez białych europejczyków jest faktycznie niczym innym jak kradzieżą czegoś, co nie należy do nas. Ja bym to nazwała rozwinięciem poczucia, że każdy, bez względu na pochodzenie etniczne i narodowe, może czuć przynależność do tego niesamowitego kawałka sztuki. W późnych latach 60. Stany Zjednoczone i Wielka Brytania – od zawsze skonfliktowane, w tej płaszczyźnie były jak soulsisters – wyszły razem poza gatunek i wykreowały zaskakująco głęboką muzykę nieskrępowaną przez kaprysy społeczeństwa.

Lata 70. to głównie epoka funku. Reprezentowany przez Earth Wind and Fire, Parliament Funkadelic i Sly and the Family Stone, wzbogacony o perkusję, waltornię i organy Hammonda, dużo bardziej rytmiczny, energetyczny i psychodeliczny styl muzyczny prędko przekształcił się w styl życia.

Równolegle soul przeszedł rewolucję. Wciąż był soulem, ale jednocześnie bluesem, który posiadał także rhythm do którego ludzie chcieli się pobujać – taką muzykę tworzył Al Green, Syl Johnson, Curtis Mayfield, Bill Withers i Donny Hathaway. Taneczne hity w stylu Rufusa i Chaki Khan pomogły przeniknąć obu gatunkom do świadomości publicznej.

Dekadę później wszelkie różnice pomiędzy poszczególnymi stylami muzycznymi uległy zatarciu. W radio można było usłyszeć DeBarge, Mtume, New Edition, Atlantic Starr. Afro-Amerykańscy artyści przejęli pałeczkę popularności. Phyllis Hyman, Anita Baker, Luter Vandross, audycja Quiet Storm, dzięki której brytyjska piosenkarka Sade zdobyła popularność w Stanach i przetarła szlaki innym wyspiarzom.  Lata 80. sprawiły, że soulowe brzmienie stały się en vogue. R&B natomiast przepoczwarzyło się w tzw. New Jack Swing – ekstremalnie popularna fuzja muzyczna początku lat 90. zakrzewiona przez Teddiego Rileya. Artyści przestali być wyłącznie śpiewakami, liczyła się przede wszystkim bezpretensjonalna rozrywka, a więc nie było żadnych ograniczeń dla wschodzących gwiazdek. Nikt już nie pisał tekstów, nie układał melodii, każdy hit był tworzony na zasadzie „instant” – wystarczyło wejść do studio i nagrać kawałek, resztą zajmował się cały sztab marketingowców, producentów, stylistów i łowców talentów. Piosenkarz był produktem, marką, którą trzeba było sprzedać i wydusić jak najwięcej korzyści materialnych. Jak w tym wszystkim odnajdowała się muzyka?

Z jednej strony miało się wrażenie, że rynek został zalany przez niezliczoną ilość bandów i solistów o wiadomej wartości artystycznej „wyciśniętych” z tego samego gatunku, z drugiej jednak, mieliśmy Mary J. Blige, SWV, TLC, Boyz II Men, czy Brand New Heavies, którzy skutecznie izolowali się od nadawania swojej muzyce wymiaru wyłącznie komercyjnego i choć mimo tego cieszyli się dużą popularnością, ich utwory brzmiały tak jak powinno brzmieć prawdziwe, ponadczasowe R&B.

Z początkiem nowego milenium zróżnicowanie gatunków muzycznych pod względem treści i stopnia dojrzałości było ogromne i zmusiło odbiorców do świadomego kształtowania swoich gustów wedle własnych zapatrywań. Zwracano uwagę na kreatywność – wysoki poziom artyzmu w brzmieniu był aksjomatem dowodzącym jakości nie tyle samego utworu, co jego autora. Ambitna muzyka definiowała już nie same gusta, a osobowość słuchacza. Na scenie pojawili się: Lenny Kravitz, Erykah Badu, Maxwell, D’Angelo, Lauryn Hill, Amel Larrieux i Goapele, a także brytyjskie Jamiroquai i Lewis Taylor.

Niestety wkrótce potem zrozumiano, że istnieje zestaw wytycznych, które pomogą artystom zarobić krocie. Nie chodziło już o znalezienie kompromisu pomiędzy rytmem i bluesem, tylko w jaki sposób znaleźć najkrótszą drogę do sławy i pieniędzy. Muzyka stała się elementarna, lirycznie słaba z brzmieniem na bazie odgrzewanych disco hitów. R&B przestało świecić dawnym blaskiem i mało kto wierzył, że kiedykolwiek zdoła jeszcze zwrócić na siebie uwagę w stopniu, który posiadało wcześniej. Oczywistym jest, że artyści chcą sukcesu i idiotycznym byłoby stwierdzenie, że im się on nie należy, szkoda tylko, że z pominięciem wokalnych umiejętności ukrytych pod auto-tunem i ograniczeniem się do 4-wyrazowych refrenów, które mają bardziej wpadać w ucho niż cokolwiek przekazywać. Nie da się zaprzeczyć, że zadbały o to w niemałym stopniu mainstreamowe media i sprytnie skonstruowane kontrakty płytowe.

Obawiam się, że na tym etapie historii muzyki chodzi wyłącznie o robienie pieniędzy. Nie mam nic przeciwko, sama posiadam wiele płyt na półkach, chodzę na koncerty i z całego serca wspieram wartościowych dla mnie artystów. To czego nie potrafię zaakceptować, to fakt, że nowy trend komputerowych bitów i „automatycznych” wokali sprawia, że przestajemy immanentnie doceniać prawdziwy geniusz i inwencję. Zagalopowałabym się w stwierdzeniu, że obecnie nie ma już uzdolnionych artystów. Nawiązując do wstępu – w samej Wielkiej Brytanii jest ich mnóstwo. Nie mogłabym odmówić  talentu Beverley Knight, Samowi Sparro, Jazmine Sullivan, Sy Smith, czy nieżyjącej już Amy Winehouse. Jest mi jedynie przykro, że słowo soul wywołuje dużo większe skojarzenie z balladami Adele niż utworem You Send Me Arethy Franklin (tudzież Sama Cooke’a).

Być może największym problemem jest to, że soul nie brzmi już tak czarno jak kiedyś, choć sama polemizowałabym ze stwierdzeniem, że taki właśnie powinien być. Według mnie muzyka ta musi być szczera, ekspresywna, wyrazista, żywa i bez tych pierwiastków nikt nie zdoła jej odzyskać. Wiem, że powyższe argumenty są stałym elementem debat z cyklu prawdziwa muzyka vs. mainstreamowy idiotyzm, a ja nie chciałabym się w to zagłębiać. Chodzi mi o to, że ludzie muszą poznać historię i zrozumieć, że muzyka może być uczciwym odzwierciedleniem talentu jej twórcy i jednocześnie unieść się do poziomu uniwersalnego!

White man stole my music

08/05/2012 § Dodaj komentarz

Zeszłotygodniowy poranek, po zamieszczeniu mojego ostatniego wpisu, spędziłam na piciu kawy w łóżku i czytaniu artykułów w internecie. Natknęłam się na opublikowany w 1985 roku wywiad Milesa Davisa dla JET Magazine. W zasadzie od dawna znam stosunek tego artysty do świata i ludzi, natchnęło mnie to jednak refleksją, że inspiracja muzyką bywa podstępna, szczególnie jeżeli ograniczamy się do odsłuchu zaledwie paru utworów. Ostatnio namawiałam Was do przesłuchania kilku płyt i zastanawiam się ilu z Was sięgnęło po Kind of Blue, albo – co więcej – opowiadając w samych superlatywach poleciło ten album innym? A co jeżeli dziś powiem Wam, że słuchanie Davisa jest trochę jak noszenie koszulki z Che Guevarą? W pamiętnym wywiadzie wybitny jazzman stwierdził, że jeżeli zostałaby mu godzina życia, to spędziłby ją dusząc białego człowieka, powoli i z największą przyjemnością.

Davis za życia zarzucił wiele rzeczy białym ludziom, między innymi oskarżył ich o kradzież jego muzyki i w tym przypadku nie jest mi trudno się z nim zgodzić. Dlaczego? Bo prawdopodobnie gdyby nie eklektyczny wpływ niewolników i rdzennych mieszkańców Ameryki Północnej, dzisiejsza muzyka brzmiałaby zupełnie inaczej. Lista gatunków ograniczałaby się do klasycznych symfonii, pobrzdękującego country, chóralnych pastorałek i ludowych piosnek. Jazz nigdy by nie powstał, tak jak blues, rock n roll i cała hip-hopowa kultura. Soul? Funk? Zapomnij. I choć ja mogłabym przeżyć dziś bez trance’u i grime’owych bitów, to młodsze pokolenie może mieć odmienne zdanie, niemniej jednak potraficie sobie wyobrazić jak nudna byłaby muzyka współczesna bez form, które wyewoluowały z kultury negro?

Gdzie my bylibyśmy dziś bez wpływów Afro-Amerykanów? W centrum monotonii – właśnie tam. Afro-amerykański wkład w świat muzyki i kultury to jeden z najpiękniejszych prezentów jaki dostaliśmy od tych wspaniałych ludzi i mimo, że król jazzu zarzucił nam skradzenie talentu jego czarnoskórym kamratom, to tak naprawdę było to przyzwolenie na gatunkowy crossover i moim zdaniem wspaniale to wykorzystaliśmy.

Już w czasach niewolnictwa Afro-Amerykanie przynieśli nam hymny i śpiew, który nie miał sobie równych. Ich smutne pieśni pełne prawdy i bólu były dopiero początkiem ogromnego oddziaływania na biały świat i choć jasnoskórzy oprawcy być może nie okazywali zainteresowania muzyką płynącą z głębi upraw, to założę się, że w duszy byli poruszeni tym, co słyszeli. Po zniesieniu niewolnictwa, nasi czarnoskórzy bracia, choć pełni praw i oficjalnie równi – wydobywali z siebie swoje talenty wyłącznie we własnym gronie izolując się od reszty świata. Nie jest tajemnicą, że Frank Sinatra i Bing Crosby zapuszczali się w dzielnice Murzynów, by odwiedzać undergroundowe kluby w poszukiwaniu weny i talentu.

Tak było też z labelami. W 1959 roku ruszyła wytwórnia, której powstanie oznaczało – w skrócie – zmianę paradygmatu kulturowych preferencji w kierunku integracji czarnej muzyki z białym społeczeństwem. Kiedy ja myślę o legendarnym Motown z Detroit, do głowy przychodzą mi przede wszystkim nazwiska i idące za nimi wspaniałe wspomnienia z dzieciństwa. Diana Ross and The Supremes – uosobienie przepychu i blichtru, Marvin Gaye z jego nieodpartą zmysłowością i Stevie Wonder, czyli wszystkim znana jednoosobowa orkiestra.

Przed powstaniem Motown, muzyka czarnoskórych była postrzegana jako sztuka mniejszości, produkt migracji Afro-Amerykanów z rolniczego południa na przemysłową północ w czasach, gdy u nas toczyła się pierwsza ze światowych wojen. W momencie, gdy ta wędrująca populacja na początku lat 40. ubiegłego stulecia przekształciła się w pełnoprawną grupę demograficzną – powstał nowy styl w muzyce, tzw. R&B. Dekadę później czarni muzycy znaleźli nową drogę ekspresji – w soulu – mieszance R&B, gospelu i doo-woop, na stałe wiążąc ten gatunek z Afro-Amerykańskim ruchem praw obywatelskich. Równolegle w Detroit prężnie rozwijała się scena jazzowa wspierana przez powojenny boom gospodarczy. Kształtowanie się publiczności w konsekwencji doprowadziło do otwarcia wielu klubów i miejsc zapewniających nie tylko rozrywkę społeczeństwu ale i miejsca pracy dla muzyków.

Dekada po dekadzie gatunki te zmieniały się wewnętrznie, uzupełniając brzmienie w chwytliwy groove, klaszczące bity, impulsywny taniec, upiększające improwizacje i rosnącą zależność między audytorium i artystami. Przez wszystkie te lata Motown zdołał zrzeszyć ogromne grono wspaniałych muzyków. Smokey Robinson & The Miracles, Diana Ross & The Supremes, The Temptations, The Jackson Five, The Four Tops, Marvin Gaye, Stevie Wonder, Martha Reeves & the Vandellas, The Commodores, The Marvelettes, Gladys Knight & the Pips – wszyscy pracowali z wielkim zapałem i pasją, by stworzyć historię i przynieść światu nowe brzmienie, którym dziś żyją wszyscy.

Reasumując, muzyka to skomplikowana konstrukcja, niesamowita sztuka splatania dźwięku z czasem, mieszająca pierwiastki wszystkich uczuć, emocji, ludzi i przedmiotów leżących u podstaw jej powstania. By ją zrozumieć nie wystarczy zarzucić słuchawki na uszy, trzeba przede wszystkim otworzyć głowę i myszkować w korzeniach, sięgając aż do podłoża, unosząc się ponad wszelkie kulturalno-rasowe konwenanse, bo za tymi trąbkami i klawiszami z reguły kryje się długa i skomplikowana historia, którą warto poznać, żeby stać się w pełni świadomym słuchaczem.